Sesja na Politechnice Poznańskiej
Czerwiec od zawsze był miesiącem zmagań studentów z wykładowcami…Jak kiedyś ktoś ładnie to określił:
“Cel jest jeden udowodnić fraglesowi który wezwał nas na to zgromadzenie, że jest burakiem.”
Nic dodać, nic ująć , prawda? :). Sesja na PP odbywa się jednak “troszkę” inaczej niż na innych uczelniach. Od zniesionych niedawno “gwiazdek”, które uniemożliwiały powtarzanie przedmiotu w razie niepowodzenia na poprawce czy komisie , przez ilość egzaminów i zaliczeń (które od egzaminów nie różnią się niczym) aż po czas trwania (a raczej zakończenia) sesji. Mówiąc najogólniej, gdy studenci innych uczelni mogą często już oddać swój indeks do dziekanatu, przyszli poznańscy inżynierowie dopiero zaczynają…
Podobno sesja która trwa jest zawsze “najtrudniejsza”. Coś w tym na pewno jest, jednak patrząc nawet obiektywnie, ta była troszkę przegięciem. Zaliczenia (jak już wspomniałem często nie różniące sie niczym od egzaminu), egzaminy, projekty… Oj, było tego. Pierwsze zaliczenie odbyło się chyba pod koniec maja, ostatni egzamin (a raczej “dopytka” na którą teoretycznie trzeba było się też nauczyć) na początku lipca. A niektórzy walczą do teraz.
Ciężko, oj ciężko. Jednak ciesze się, że mam to już za sobą. Niemniej, tak długi okres odbił się na mojej pracy, projektach i wiedzy (mniejszej lub większej) na temat nowych pomysłów - głównie MS’oftu.
Przed sesją poznałem również kilku ciekawych ludzi, oraz uczestniczyłem w kilku ciekawych szkoleniach i konferencjach - o tym opowiem jednak innym razem. Tymczasem, trzeba odrabiać zaległości.